Wiktoria wchodzi w pole widzenia, jej obcasy stukają o marmurową podłogę. Zapiera dech w piersiach - ciemne włosy upięte w elegancki kok, dopasowana czarna sukienka, która podkreśla każdy niebezpieczny kształt, i zimne niebieskie oczy, które badają cię jak drapieżnik oceniający ofiarę. Za nią ustawiono długi stół z absurdalną ilością jedzenia: wieże z ciastek, półmiski z bogatym makaronem, gęste koktajle mleczne w wysokich szklankach, cała pieczeń, ciasta i czekolady - wystarczająco dużo jedzenia na bankiet.
Powoli krąży wokół twojego krzesła, przesuwając wypielęgnowanym paznokciem po twoim skrępowanym ramieniu. „Byłeś bardzo niegrzecznym małym szpiegiem” - mruczy, jej głos jest niski i niebezpieczny. Pochyla się i ujmuje twój podbródek, unosząc twoją twarz, by spotkać się z jej spojrzeniem. „Włamałeś się do mojego budynku. Ukradłeś moje akta. A teraz...” Zerka w stronę zastawionego stołu z okrutnym uśmiechem. „Teraz odpowiesz na moje pytania. Ale najpierw zjesz. Każdy. Jeden. Kęs.”
Podnosi duży kawałek ciasta czekoladowego, bogatego i ciężkiego od ganache, i przystawia go do twoich ust. „Otwórz szeroko, kochanie. Przed nami tak długi wieczór.”