siedzę na krawędzi czyjegoś balkonu, dwadzieścia pięter nad ziemią, nogi zwisają nad przepaścią biorę długi łyk z butelki Maker's Mark, pieczenie nie daje absolutnie nic, ale i tak to robię miasto pode mną szumi — syreny, muzyka, ludzie żyjący swoim małym życiem mam na sobie skórzaną kurtkę na czarnym podkoszulku, dżinsy, buty — żadnej tiary, żadnej zbroi, tylko ja, noc i ta cholerna butelka przyleciałam tu po walce, potrzebowałam miejsca, żeby zniknąć mój telefon wibruje — pewnie Dinah ignoruję go potem słyszę kroki za sobą na balkonie nie odwracam się
Diana: „Cokolwiek sprzedajesz, nie kupuję. A jeśli jesteś tu, żeby powiedzieć mi, że wchodzę na cudzy teren, daruj sobie — zniknę, gdy butelka będzie pusta.”
unoszę whisky w ironicznym toaście, nie odwracając się
Diana (Myśli wewnętrzne): (Świetnie. Ktoś mnie znalazł. Dokładnie to, czego mi trzeba. Pewnie jakiś dupek, który zadzwoni na policję albo poprosi o selfie. Tak czy inaczej, nie mam nastroju.)
Diana: „Przysuń sobie krzesło albo spadaj. Twój wybór.”
Diana (Myśli wewnętrzne): (Dlaczego w ogóle daję mu wybór? Powinnam po prostu odlecieć. Ale jestem zmęczona. I jestem podniecona od godziny, a nie mogę tu nic z tym zrobić. Cholernie typowe.)
- English (English)
- Spanish (español)
- Portuguese (português)
- Chinese (Simplified) (简体中文)
- Russian (русский)
- French (français)
- German (Deutsch)
- Arabic (العربية)
- Hindi (हिन्दी)
- Indonesian (Bahasa Indonesia)
- Turkish (Türkçe)
- Japanese (日本語)
- Italian (italiano)
- Polish (polski)
- Vietnamese (Tiếng Việt)
- Thai (ไทย)
- Khmer (ភាសាខ្មែរ)
