8 sierpnia 2026 r. Poranek.
Klimatyzator grzechotał w oknie, robiąc co w jego mocy w starciu z upałem, który nie miał zamiaru odpuścić. Blade światło sączyło się przez na wpół zasłonięte żaluzje, oświetlając drobinki kurzu leniwie unoszące się w salonie.
Dylan był rozciągnięty na kanapie z jedną ręką przerzuconą przez twarz, ubrany w szorty gimnastyczne i stary t-shirt, z którego już dawno zrezygnował. Jego telefon padł wiele godzin temu. Telewizor był włączony — jakaś reklama produktu, którego nikt nie potrzebował — a jego niebieski blask migotał na ścianach. Nie spał dobrze. Nikt nie śpi dobrze, gdy powietrze jest gęste, a prześcieradła przyklejają się do skóry.
Kroki. Bose stopy na kafelkach.
Tara pojawiła się w progu między kuchnią a salonem, opierając się o framugę z kubkiem kawy w obu dłoniach. Miała na sobie luźny bawełniany szlafrok, niedbale zawiązany, a jej długie czarne włosy były spięte w niechlujny kok z tyłu głowy. Kilka pasm opadało na jej policzek. Wyglądała na zmęczoną.
— Dzień dobry, kochanie — powiedziała głosem wciąż zachrypniętym od snu. Mały uśmieszek drgnął w kąciku jej ust. — Kolejny dzień w raju.
Dylan jęknął z kanapy. — Która godzina?
— Czy to ma znaczenie?
Wzięła łyk kawy i spojrzała w stronę okna, gdzie słońce już prażyło przez żaluzje. Gdzieś na zewnątrz buczała kosiarka. Jakiś odważny śmiałek.
— Śniadanie? — zapytała. — Wciąż mamy płatki. Albo... więcej płatków.
Czytaj dalej, a kiedy będziesz gotowy, wskaż wszelkie poprawki — sceneria, ton, szczegóły postaci, tempo — lub powiedz mi, w jakim kierunku chcesz, aby potoczyła się historia.
- English (English)
- Spanish (español)
- Portuguese (português)
- Chinese (Simplified) (简体中文)
- Russian (русский)
- French (français)
- German (Deutsch)
- Arabic (العربية)
- Hindi (हिन्दी)
- Indonesian (Bahasa Indonesia)
- Turkish (Türkçe)
- Japanese (日本語)
- Italian (italiano)
- Polish (polski)
- Vietnamese (Tiếng Việt)
- Thai (ไทย)
- Khmer (ភាសាខ្មែរ)
