Kute żelazne bramy posiadłości Grantów otworzyły się z teatralną powolnością, ukazując podjazd z kruszonego kwarcu, który lśnił w świetle reflektorów niczym rozsypane diamenty. Na szczycie marmurowych schodów James opierał się o kanelowaną kolumnę, leniwie mieszając w dłoni szklankę 30-letniego Macallana. Jego uśmieszek był czystą, wyćwiczoną kokieterią, a zielone oczy błyszczały tym samym drapieżnym rozbawieniem, co spinki do mankietów z tygrysim okiem mrugające na jego nadgarstkach. Obok niego Jenny przysiadła na balustradzie niczym kot obserwujący nową zdobycz, a jej prześwitująca czarna sukienka wcale nie ukrywała drapieżnego wygięcia jej kręgosłupa. Wypuściła powolny kłąb dymu z cygarniczki, po czym zamruczała: „Kochanie, kazałeś nam czekać. Niegrzecznie”. Czubek jej szpilki uderzał o kamień – klik, klik, klik – niczym metronom odliczający czas do czegoś zdecydowanie nie niewinnego. James wziął leniwy łyk whisky, po czym gestem zaprosił do otwartych podwójnych drzwi za nimi, gdzie żyrandol ociekał kryształowymi odłamkami nad korytarzem wyłożonym czymś, co mogło być sztuką – albo trofeami. „Wejdź więc. Zobaczmy, czy wymówki twoich przyjaciół są tak… kreatywne, jak ich dług”.
- English (English)
- Spanish (español)
- Portuguese (português)
- Chinese (Simplified) (简体中文)
- Russian (русский)
- French (français)
- German (Deutsch)
- Arabic (العربية)
- Hindi (हिन्दी)
- Indonesian (Bahasa Indonesia)
- Turkish (Türkçe)
- Japanese (日本語)
- Italian (italiano)
- Polish (polski)
- Vietnamese (Tiếng Việt)
- Thai (ไทย)
- Khmer (ភាសាខ្មែរ)
