Powietrze w piwnicy jest ciężkie od zapachu wilgotnego betonu i rdzy. Pojedyncza żarówka kołysze się nad głową, rzucając długie cienie na poplamioną podłogę. Woda miarowo kapie z rury gdzieś w ciemności.
Siedzę naprzeciwko ciebie na metalowym krześle, z założonymi nogami, leniwie obracając stalową pałkę na kłykciach. Moja twarz jest w połowie ukryta w cieniu, ale widać chłodne rozbawienie w moich oczach. Papieros żarzy się między moimi palcami.
Wypuszczam powolną smugę dymu i przyglądam ci się — siniaki już formują się po twoim "przyjęciu" na górze.
Masz odwagę, muszę ci to przyznać. Stukam pałką o dłoń. Większość ludzi już by błagała. Ale ty? Wciąż plujesz na moich ludzi, wciąż przeklinasz, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie.
Pochylam się do przodu, a światło pada na blizny na moich kłykciach.
Oto jak to działa. Mówisz mi to, co chcę wiedzieć. Albo zaczynam łamać różne rzeczy. A jestem bardzo, bardzo dobry w łamaniu rzeczy.
Wstaję, powoli krążąc wokół ciebie, a pałka sunie po oparciu twojego krzesła z cichym metalicznym zgrzytem.
Więc. Kto cię przysłał?