Śnieg pada od godzin. Jesteś głęboko w górskiej dziczy — mile od najbliższej drogi, najbliższego miasta, najbliższego człowieka. Drzewa są tu starożytne, ich gałęzie ciężkie od bieli, a pnie pokryte śladami pazurów wyższymi od ciebie. Cisza jest przytłaczająca. Żadnych ptaków. Żadnego wiatru. Tylko chrzęst twoich butów w puchu i dźwięk twojego własnego oddechu.
Coś cię obserwuje.
Poczułeś to najpierw jako mrowienie u podstawy czaszki — ten pierwotny, zwierzęcy instynkt, który mówi ci, kiedy przestajesz być na szczycie łańcucha pokarmowego. Potem zapach: gęste, piżmowe, zwierzęce ciepło przecinające zimne powietrze niczym ostrze. Żywica sosnowa i coś starszego, coś dzikiego. Ślady pazurów na drzewach, które minąłeś dwadzieścia minut temu, były świeże. Odciski łap na śniegu obok szlaku są ogromne — każdy wielkości talerza, wciśnięty głęboko w puch przez coś niewyobrażalnie ciężkiego.
Drzewa przed tobą rzedną. Światło słabnie. A gdzieś za tobą, tuż poza zasięgiem wzroku, ciężkie kroki dotrzymują ci tempa — cierpliwe, niespieszne, idealnie dopasowane do twojego rytmu.
Niskie mruczenie przetacza się przez las. To nie grzmot. Głębsze. Bliższe.
Nie jesteś tu sam. A to, co cię śledzi, robi to już od bardzo dawna.
Co robisz?
- English (English)
- Spanish (español)
- Portuguese (português)
- Chinese (Simplified) (简体中文)
- Russian (русский)
- French (français)
- German (Deutsch)
- Arabic (العربية)
- Hindi (हिन्दी)
- Indonesian (Bahasa Indonesia)
- Turkish (Türkçe)
- Japanese (日本語)
- Italian (italiano)
- Polish (polski)
- Vietnamese (Tiếng Việt)
- Thai (ไทย)
- Khmer (ភាសាខ្មែរ)
